Zamek w Matsumoto
11 listopada


Dzisiaj zaczęliśmy dzień od zamku w Matsumoto. Bardzo ładnie wygląda z zewnątrz, ale w środku tak sobie. Przed wejściem trzeba zdjąć buty, a w środku było bardzo zimno. Zimno i ładnie, ale tak jakoś surowo. Ogólnie to piętra były puste i opis kilku z nich sprowadzał sie do stwierdzenia, że nie wiadomo jakie było ich przeznaczenie. Zamek w środku składa się w całości z drewna. Pięknie wypolerowany parkiet przez setki lat chodzenia na boso. Schody, które były pomiędzy piętrami opisałby jako drewniane drabino-schody. Stopnie były czasem bardzo wysokie (do 40 cm wysokości) i trzeba było też uważać na głowę. Piętra były bardzo przestrzenne, bo miały po jakieś 4 metry do sufitu. Jedyne co było w tym zamku, oprócz samego zamku to wystawa broni palnej używanej w dawnych czasach, głównie z poczatków jej rozwoju. Spoko eksponaty, ale jak dla mnie to wszystkie takie same.










Po zwiedzaniu pojechaliśmy dalej w kierunku miasteczek na szlaku pocztowych. Podobno jedne z lepiej zachowanych uliczek, które oddają ducha tamtych czasów. Pierwsze miasteczko było puste, my przemarznięci i oprócz architektury niewiele widzieliśmy. Drugie było bardziej żywe, ale jakoś szczególnie. Widać było, że wszystko już się zamyka. Planowaliśmy tutaj obiad, ale restauracja, którą znaleźliśmy była już zamknięta. Poszlajaliśmy się więc po uliczkach i pojechaliśmy do innej restauracji, do onsenu i na spanie.




