Wycieczka po Cat Ba
4 grudnia
Dzisiaj znowu kiepskie śniadanie, ale głównie dlatego że małe. Po śniadaniu idziemy szukać taksówki, która zawiezie nas na środek wyspy, gdzie planujemy treking na punkt widokowy i zwiedzanie dwóch jaskiń. Byliśmy w miejscu, które wydawało nam się dworcem autobusowym, ale budka z informacją była raczej odnośnie tej kolejki linowej, którą tu przyjechaliśmy. Kiedy wyszliśmy z informacji, akurat przyjeżdżał jakiś meleks, których tu pełno i chłopak jadący na miejscu pasażera krzyknął “taxi?”. Kiedy potwierdziliśmy lekkim skinieniem, że tak, wyskoczył z meleksa i zaczęliśmy dogadywać cenę. Za 200 tysięcy zgodził się nas zawieźć do parku. Zaprowadził nas do auta, które wydawało się nowe, z jeszcze nie odpakowanymi zagłówkami i folią na ekranie w środku. Zawiózł nas do celu i kiedy wysiadaliśmy, zaoferował, że na nas zaczeka. Powiedzieliśmy jeszcze o tych jaskiniach, które chcemy zwiedzić i za dodatkowe 200 tysięcy miał na nas zaczekać 2h, aż zrobimy trekking, a później zawieźć do jaskiń.
Treking był krótki, a szlak to głównie były wybetonowane schodki. Przy wejściu do parku były jakieś budynki, w których była toaleta i wystawa po wietnamsku. Ogólne skojarzenia co do tego jak park wygląda, to taki postkomunistyczny zaniedbany ośrodek. Wszystko zarośnięte, budynki odrapane, bez szału ogólnie.


Na początku szlaku odbiliśmy nad mały staw, zrobiliśmy zdjęcia i wróciliśmy na szlak. Szło się przez dżunglowy teren, dużo zieleni i czasem po drodze mijało się tabliczki z nazwami różnych roślin. Czuję, że moja noga cały czas się leczy i chodzenie jest dla niej męczące. Mimo to, kiedy dochodzimy do jakiegoś punktu pośredniego, skałki o wysokości może 4 metrów, postanawiam się na nią wspiąć. Noga zdecydowanie nie jest jeszcze gotowa na wspinanie 😅 Czuję, że bardzo ją to obciążyło.




Idziemy dalej i po pewnym czasie dochodzimy do mini wieży widokowej. Tam robimy postój na wodę i jakąś przekąskę, przy okazji podziwiając widok, morze zielonych szczytów.


Wchodzimy jeszcze na szczyt wzniesienia i zaczynamy powoli wracać.


Nasz kierowca zobaczył nas jak podchodziliśmy do auta i zabrał nas do jaskini Trung Trang. Jaskinia jest jednokierunkowa, więc powiedział, że zaczeka na nas przy wyjściu. Do jaskinii podchodziło się po betonowych schodach, a konstrukcja nie wyglądała na jakąś super bezpieczną. Wysokie cienkie betonowe słupki będące podporą chodnika nieszczególnie budziły moje zaufanie i nawet zacząłem czuć lekki lęk wysokości, ale na szczęście nic się nie zawaliło 😀 Jaskinia była super. Jedna z fajniejszych w jakich byłem. Bardzo dużo nacieków, tufek i innych skalnych atrakcji. W środku było ciepło, a jaskinia dobrze oświetlona. Do tego była długa i dało się w niej iść wyprostowanym praktycznie cały czas. Bardzo polecam!






Kolejna jaskinia to Hospital Cave, czyli szpital polowy Wietnamczyków z czasów wojny z USA. Jest trzypiętrowy, ale tylko dwa pierwsze piętra są udostępnione do zwiedzania. Bardziej niż jaskinia, to wygląda jak bunkier. Dosłownie wszystko na pierwszym piętrze jest wybetonowane i jest tam pełno pomieszczeń: kuchnia, zbrojownia, sala spotkań, sala operacyjna, mieszkania lekarzy. W większości są plastikowe figury wielkości człowieka, ubrane w mundury i hełmy.



Drugie piętro to jaskinia, najprawdopodobniej były tam kiedyś łóżka szpitalne. Jak teraz o tym myślę, to wyglądało jakby w wielkiej jaskinii zbudować piętro betonowego bunkra, na dachu którego zostawiono miejsce na łóżka dla pacjentów i zostało jeszcze bardzo dużo przestrzeni do sklepienia jaskinii.



Wracamy do miasta, jemy obiad i idziemy do hotelu na drzemkę. Wieczorem idziemy na szybką przekąskę, bułkę banh mi. Próbujemy znaleźć knajpę, która ją serwuje i pytamy w jakiejś kawiarni, ale gościu mówi, że nie robią, że mogą nam zrobić tosta albo sandwicha, ale banh mi nie robi 🫣 Pokazał nam budkę na skrzyżowaniu i poszliśmy spróbować prawdziwego ulicznego banh mi. Pani pakowała robotnikom jakieś 20 bułek jak tam pochodziliśmy, zapytała nas tylko ile i nawet nie pytała z czym chcemy, tylko zaczęła pakować. Magda nie chciała mięsa, więc poprosiła o jajko. Jajko smażyło się na patelni na ziemi, obok budki. Ja wziąłem standardową, więc dostałem z jakimś plasterkiem kebaba, dużo smażonej parówki i surówka warzywna oczywiście. Było ok, chociaż wyrzucibym tę parówkę stamtąd 😅

Poszliśmy od razu po jedzeniu na siłownię i chyba nie był to najlepszy pomysł, bo szybko zaczął mnie boleć brzuch. Mimo to wracając kupiliśmy sobie jeszcze owocki, które zaraz potem zjedliśmy w hotelu. Smoczy owoc, mango i marakuja 😍 Chyba jest sezon na marakuje, bo skórka nie była suchą skorupką. Kupiliśmy jeszcze autobus na kolejny dzień do Ha Long i poszliśmy spać.
