Tsumago i Magome
12 listopada
Dzisiaj wczesna pobudka, bo w planie jest trekking między dwoma miasteczkami: Magome i Tsumago. Szlak po którym przemieszczali się kupcy i poczta. Zostawiamy auto na parkingu i sprawdzamy ile mamy czasu na busa powrotnego z końca szlaku. Wychodzi tak na styk, więc ruszamy żwawym tempem.











Szlak jest bardzo ładny. Budynki są stare, ale ciężko się robi zdjęcia, bo wszystkie pomalowane na czarno, co mocno kontrastuje z niebem. Po drodze mija się dużo starych budynków, gdzie kilka z nich ma koła napędzane wodą. Spora część szlaku wiedzie przez las cedrowy, i ten fragment podobał mi się najbardziej. Chciałbym mieć więcej czasu, żeby móc się tym cieszyć dłuzej. Na całym szlaku postawione są dzwonki, którymi się dzwoni w celu odstraszania potencjalnych niedźwiedzi. Dużo ludzi, nie tylko na tym szlaku, ale też na tych, które przemierzaliśmy w poprzednich dniach, ma przytroczone małe dzwoneczki do plecaków. W Japonii ostatnio nasiliły się ataki niedźwiedzi na ludzi.











Udało nam się zdążyć na busa, nawet z zapasem kilkunastu minut. Wysiedliśmy przystanek od naszego auta, żeby jeszcze zwiedzić Tsumago. Pochodziliśmy po uliczkach i zjedliśmy burgera z jelenia. Ciekawe doświadczenie, bo mięso było bardziej suche i mniej tłuste niż wołowina.




Przed nami dłuższy odcinek w aucie, bo chcemy dojechać do jeziora Motosu. Po drodze zatrzymujemy się na zdjęcia nad jeziorem Suwa, gdzie znajdujemy jeszcze dobry ramen, a później jedziemy do onsenu.


Fajnie jest się rozgrzać w gorącej wodzie i umyć. Ogólnie nasza sytuacja termiczna jest taka sobie. Jesteśmy w rejonach górskich i jest jesień, więc temperatury powoli dochodzą do zera stopni. Rano na szlaku widzieliśmy przymrozki, a to oznacza że nie ma żartów. Problematyczne jest to, że nie działa nam ładowarka do akumulatora zewnętrznego, do którego moglibyśmy podpiąć koc elektryczny, więc noce nie są najprzyjemniejsze. Nie zamarzamy, ale szału nie ma.
Jedziemy na nasze spanie, ale to miejsce jest jakieś dziwne. Nie jest to typowy michi-no-eki jaki widzieliśmy. Raczej wygląda jak parking przy parku. Jest jakieś centrum informacyjne, ale wszystko jest pozamykane, a do toalety jest daleko. To miejsce ma bardzo dziwny vibe, więc decydujemy się jechać na inny parking. Na nim też jesteśmy sami, ale czujemy się komfortowo, a przede wszystkim mamy blisko do toalety. Co prawda stoimy blisko drogi, ale w aucie nie słychać ulicy, a po zmroku i tak nikt tutaj właściwie nie jeździ samochodem.
Dzisiaj udało nam się też ustalić plan na Osakę i generalnie to będziemy szukać autobusu nocnego, żeby ominąć potrzebę płacenia miliona monet za hotel z soboty na niedzielę. W Japonii ceny w ten dzień są strasznie podbite w miastach.