Triglav
25 sierpnia
Pobudka wcześnie rano, żeby zjeść śniadanie i zdążyć na start szlaku, gdzie jeszcze czekał nas przepak przed połączeniem z resztą zespołu. Wziąłem 4 butelki wody i termos. W schronisku nie ma dostępnej wody (za darmo), a to i tak nie tak dużo w porównaniu do wyjścia na wspin.


Wyruszyliśmy przed 8. Pogoda była idealna. Pierwszy fragment wiódł przez las, po którym dochodziło się do źródełka, a chwile pozniej wchodziło się na przełęcz. Tam zostawiłem sobie plecak i odbiłem na pobliski szczyt, gdzie akurat siedział jakiś ziomek z Kalifornii. Samo wejście nie było szlakiem, a bardziej górską ścieżką z elementami prostego wspinania, ale po kruchym i sypkim wapieniu.


Kolejny etap to widokowy trawers po zboczu góry, kończący się schroniskiem. Po drodze przechodzi się pod pięknym pomarańczowym wapieniem. W schronisku zrobiliśmy sobie przerwę na drugie śniadanie, herbatę, co poniektórzy jakieś schroniskowe jedzenie. Tutaj też jest ostatnie ujęcie wody pitnej na naszym szlaku. Kolejna woda pitna będzie już tylko za pieniążki.


Kolejny fragment to już bardziej górskie chodzenie, które kończy się w naszym docelowym schronisku. Tutaj się meldujemy, jemy jakąś kolacje, a ja jeszcze idę sobie na spacer, kończąc na pętelce, która zahacza o kolejne schronisko i nieopodal miejsca, gdzie dotarliśmy na ferracie. Spacer to niedopowiedzenie, bo było trochę podbiegania, żeby zdążyć do schroniska na 19, gdzie jemy ciepły posiłek. Nieszczególnie polecam liofy z decathlonu. Później wyszedłem sobie na chwilę na zachód słońca, ale byłem zmęczony, było zimno i nie chcialo mi sie ubierać więc nie skorzystałem w pełni.




Coś czego nie rozumiem i mogę być w błędzie, ale podobno w schroniskach w parku nie można spać w spiworze, więc trzeba dokupić pościel (papierową). W cenie noclegu jest łóżko, poduszka i kołdra, będąca de facto śpiworem. Po zachodzie słońca polozylismy sie do spania, a ja ustawiłam sobie budzik na 5 żeby posiedzieć rano przy wschodzie słońca. Przygotowałem sobie rzeczy na yerbe, termos, palnik i wodę.
26 sierpnia
Budzik zadzwonił o 5, ubrałem się, wstałem i wyszedłem na zewnątrz. Usiadłem na ławce i tam zrobiłem sobie yerbę i wodę do termosu. Chwilę posiedziałem, a pozniej poszedlem na okoliczny szczyt. O tej godzinie czołówki już się świeciły na ferracie na Triglav.


Na szczycie siedziałem jakoś z godzinę i powoli zjawiali się ludzie. Przy wschodzie słońca zaczęło się robić zimno i zacząłem się powolutku zbierać. Najładniejsza część wschodu to ta bez słońca 😊



Wróciłem do pokoju i chwilę później poszliśmy na śniadanie.
Po śniadaniu spakowaliśmy się, przyszpeiliśmy i zaczęliśmy atak szczytowy. Przejście na szczyt zajęło nam około 2h. Tam pora na jedzonko i sesje zdjęciowe.





Moją decyzją zdecydowaliśmy na zejście w kierunku kolejnego schroniska. Raczej nie była to optymalna decyzja, bo teren był bardziej wymagający i w dodatku na zejście, więc zeszło nam ponad 3h. Był jeden fragment, gdzie łatwo było dostać spadającym kamieniem, a końcówka była bardziej pionowa. Dla mnie spoczko, ale będąc w zespole i czując się odpowiedzialnym za niego, trochę mnie to kosztowało. Na szczęście obyło się bez żadnych niespodzianek i udało się wszystkim szczęśliwie zejść do łatwego terenu. Stres związany z zejściem uszedł przy schronisku razem z łzami i wtedy poczułem jak bardzo jestem zmęczony całym tygodniem. Nie miałem już na nic siły i nawet ciężko było cieszyć się tym gdzie jestem.



Na zejściu szedłem raczej sam, ze słuchawkami i raz na jakiś czas czekałem na resztę ekipy. Do auta dotarliśmy dopiero po zmroku, gdzie się przepakowaliśmy i pożegnaliśmy. Wróciłem na noc do hostelu i poszedłem spać.