Tokyo
31 października
Lądujemy w Japonii około 19. Idziemy do odprawy paszportowej i jak na razie wszystko jest oczywiste, napisy są dwujęzyczne i ścieżka jest dobrze oznaczona. Decydujemy się iść na pociąg i wszelkie kwestie komunikacji internetowej ogarnąć później. Kupujemy bilet kolejowy w okienku, gdzie okazuje się że nie można płacić kartą, ale mieliśmy pieniądze wymienione w kantorze jeszcze w Polsce, więc zaopatrzeni w bilety i jakieś zgrubne informacje, bo japoński akcent, przynajmniej dla mnie, jest na początku lekkim wyzwaniem, udaliśmy się na przystanek. Upewniliśmy się, że dobrze wybraliśmy i w stojącym na stacji automacie, kupiliśmy butelkę zielonej herbaty. Całkowita niespodzianka, pachnie mokrym sianem, takim już powoli gnijącym, ale na szczęście w smaku jest nieco lepsza. Smakuje jak przeparzona zielona herbata, bardzo gorzka i pozostawia posmak, w którym doszukałem się smaku matchy. Później doczytałem, że to jakaś specjalna herbata z większą ilością katechyn, które podobno pomagaja w odchudzaniu, ale nadają gorzki smak herbacie.

Pociąg przyjechał przed czasem i po godzinie dojechaliśmy do celu. Strasznie padało, więc jeszcze zrobiliśmy przekopywanie bagażu w poszukiwaniu parasola, ale nie znaleźliśmy go i zdecydowaliśmy się na zamówienie ubera. Trochę się pomotaliśmy i zupełnie niepotrzebnie przeszliśmy na drugą stronę ulicy, żeby za chwilę wracać i dostać się do auta. Udało się dojechać bez problemu do hostelu i wejść, używając kodu do drzwi, które dostaliśmy od właściciela.
W hostelu panuje zakaz chodzenia w butach wyjściowych, które zostawia się przy wejściu. Pokoje są bardzo małe, takie żeby jedynie zmieściły się łóżka piętrowe. W toalecie oczywiście japoński sedes napakowany elektroniką z podgrzewaną deską i w ogóle.

Po szybkim zrzuceniu rzeczy, poszliśmy do 7-eleven (coś w stylu naszej żabki) i kupiliśmy kilka różnych pakowanych sushi. Zjedliśmy je na stojąco koło sklepu, bo nie było gdzie usiąść, a też w naszym hostelu nie ma za dużo przestrzeni wspólnej, więc nie było po co tego tam nosić 😅. Jedzenie bardzo mi smakowało i było to jedno z lepszych sushi jakie jadłem. Myślę że to kwestia głównie dostępności składników, które są po prostu świeże, chociaż głód mógł mieć tutaj także duże znaczenie.

Po powrocie do hostelu, ogarnęliśmy się i poszliśmy do spania.
1 listopada
Planowana pobudka o 8 trochę się odsunęła w czasie i wyszliśmy z hostelu dopiero koło 10. Ogarniałem czy warto kupować kartę sim i gdzie, ale ostatecznie skończyłem na e-simce.
Naszym pierwszym przystankiem było jedzonko - ramen. Fajnie, bo idąc ulicą widzimy że bardzo często przed restauracjami wystawione są makiety jedzenia, więc od razu wiadomo jak coś wygląda. Najpierw spędziliśmy sporo czasu próbując ogarnąć jak się zamawia jedzenie. Dosyć szybko wiedzieliśmy co chcemy wziąć, ale był problem, bo nie chcieliśmy płacić gotówką. Większość automatów, które widzieliśmy, w tym i ten, obsługują kartę IC. Próbowaliśmy zainstalować odpowiednik na naszych telefonach, ale Magda nie mogła jej doładować, a u mnie aplikacja nie działała. Doczytałem sobie trochę i okazuję się, że karta nie jest na NFC, tylko w Japonii mają jakiś dodatkowy standard do operacji zbliżeniowych.

W każdym razie, zapłaciliśmy gotówką i weszliśmy do środka. Daliśmy nasze zamówienia i czekaliśmy. Wzięliśmy sobie dodatkowy ryż, bo był za darmo, ale jak zobaczyliśmy nasze miski, to powiedzieliśmy, że jednak bez ryżu 😅 W zupie było bardzo dużo dodatków, a bulion był bardzo tłusty. Nie byliśmy w stanie zjeść wszystkiego i zostawiliśmy niedokończony wywar. Nie byliśmy jedynymi osobami, które tak zrobiły i to jest podobno normalne.

Już pojedzeni, poszliśmy na dworzec, żeby znaleźć kartę IC, 72h bilet na metro, albo chociaż kupić zwykły bilet. Nie mogliśmy sobie poradzić z japońskimi znaczkami, ale przy bramkach stała Pani, która pomogła nam kupić zwykły bilet i pojechaliśmy do dzielnicy Shibuya. Tam udało nam się kupić karty IC i kartę na metro, więc jesteśmy zabezpieczeni w kwestiach transportu 😀
Później przeszliśmy przez słynne przejście dla pieszych i odwiedziliśmy pomnik psa Hachiko - muszę sobie doczytać o co z nim chodzi, a później poszlajaliśmy się po dzielnicy. Odwiedziliśmy kilka sklepów, a później udaliśmy się do parku Miyashita, który był kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Na jego terenie jest zewnętrzna ścianka wspinaczkowa, ale była nieczynna, a ja i tak oszczędzam nadgarstek, tym bardziej, że moja kontuzje się wczoraj odezwała jak chciałem szybkopoderwać torbę z rzeczami we wczorajszym deszczu.





Naszym kolejnym i ostatnim dużym przystankiem okazała się świątynia Meiji. Po drodze były fajne latarnie i w jednym miejscu dwa krótkie murki. Jeden z beczek sake, a z drugiej strony z beczek wina, które były tradycyjnymi dorocznymi darami dla świątyni od przemysłu alkoholowego.
Świątynia akurat dzisiaj obchodzi swoją rocznicę, bo została założona 1 listopada 1920 roku i wtedy też zasadzono drzewa kamforowe przed jej wejściem. Ich korony są w kształcie kuli, co robi mega wrażenie 🤗 Był też jakiś koncert na instrumentach, których nigdy wcześniej nie widziałem 😅






Po tym wszystkim poszliśmy na jedzonko, tym razem smażone polędwiczki z kurczaka z ryżem, sałatką i zupą miso. Poszliśmy jeszcze do kilku sklepów, a później wróciliśmy do hostelu. W międzyczasie szukaliśmy kamper vana do wynajęcia (siedząc na dworcu, bo z doświadczenia już wiemy, że nie tak łatwo znaleźć jakieś ławki w tym mieście) i z grubsza zaplanowaliśmy kolejny dzień.
2 listopada
Dzisiaj zebraliśmy się wcześniej i nie udało się nam zjeść śniadania w knajpie, bo otwierają się trochę później, może dlatego, że jest niedziela 🤔 Pojechaliśmy do dzielnicy Asakusa. Poszliśmy sobie wzdłuż rzeki do naszego celu jakim była świątynia Asakusa oraz Sensō-ji. W świątyni było akurat jakieś nabożeństwo. Mnich coś intonował i do tego było trochę muzyki, ogólnie to było głośno i monotonnie. W świątyniach można kupić różne amulety, nie wiem do końca jak to działa, ale jest też miejsce gdzie można oddać zużyte.











Idać dalej, zobaczyliśmy sklep przed którym było wystawione 80-letnie liczydło.

Później pojechaliśmy na targ rybny, ale nieszczególnie to wyszło. Zjedliśmy w jakimś turystycznym scamie, przecznice przed targiem rybnym, a na samym targu było pełno ludzi i stoiska z drogim jedzeniem. Wzięliśmy macha mochi, a później kupiłem sashimi z surowego tuńczyka. Było dobre, ale czegoś tam brakowało, może sosu sojowego 🫣



Pospacerowaliśmy trochę po dzielnicy, zobaczyliśmy budynek Senco z zegarem, a później podeszliśmy do Uniqlo. Sklepy z ciuchami to zdecydowanie nie moja bajka 🙈, chociaż wyszedłem z fajną koszulką, czapką i szalikiem 😅
Byliśmy też w budynku Yamahy, gdzie kupiłem sobie partytury z utworami studia Ghibli. Lubię tę muzykę i wydaje się być prosta do grania, a bardzo satysfakcjonująca.



Później poszliśmy do toy park, który okazał się dużym sklepem z zabawkami. Znaleźliśmy sekcję Ghibli, gdzie szukaliśmy przez chwilę pluszaków, ale nie znalazłem odpowiedniego. Od razu pojechaliśmy do Ghibli store na dworcu, gdzie była kolejka przed wejściem i tam kupiłem sobie pluszaka 🤗 Obok był sklep lego i tam kupiliśmy sobie po figurce, którą się samemu składa. I to był koniec sklepów. Teraz przyszedł czas na jedzonko, które nie było super wybitne. Wzieliśmy zupe z dodatkiem mięsa w tempurze, ale panierka zamokła, zanim nam ją przyniesiono.




Wróciliśmy do mieszkania, przechodząc ostatni fragment na nogach, bo stacja na którą jechaliśmy była trochę oddalona od naszego mieszkania, ale dzięki temu zobaczyliśmy trochę więcej naszej okolicy. Znaleźliśmy też sklep z dużo tańszym jedzeniem (my basket), gdzie wzięliśmy ciastko i jakieś smaczne czipsy (dużo taniej niż w Polsce).



