Rejs po Cat Ba
3 grudnia
Wstaliśmy rano na śniadanie, które nawiasem mówiąc wcale nas nie zachwyciło, bo jedzenie zamawiało się z karty i zarówno ilościowo jak i jakościowo było takie sobie. Po 8 podjechała po nas taksówka i razem z dwójką innych osób zostaliśmy zawiezieni do portu. Tam zaczekaliśmy aż zbiorą się wszyscy uczestnicy naszej wycieczki i zostaliśmy zaokrętowani. Statek był trzypiętrowy. Na pierwszym piętrze była jadalnia i toalety, na drugim bar, jacuzzi i zjeżdżalnie do wody, a na trzecim już tylko miejsca do siedzenia, leżaki i taka strefa chillowo. Podobna strefa była też na drugim piętrze.



Naszym pierwszym przystankiem miała być wioska położona w innej części wyspy. Zaraz po wypłynięciu mijaliśmy skraj pływającej wioski, gdzie normalnie mieszkają ludzie na domach unoszących się na wodzie. Ale więcej o tym pod koniec, bo wracając przepływaliśmy przez jej środek. Kolejne miejsce, które mijaliśmy z daleko to wyspa małp, gdzie kiedyś, z tego co zrozumiałem, próbowano krzyżować dwa różne gatunki małp, ale zarzucono ten pomysł, a zwierzęta zostały na wyspie. Po doczytaniu, dowiedziałem się, że mieszka tam endemiczny gatunek małp, który był zagrożony wyginięciem, ale ostatnio wiedzie mu się coraz lepiej. To mniej więcej pokazuje jaki jest poziom komunikacji w tym kraju 😆
Płyniemy przez labirynt wystających skał wapiennych. Od razu włącza mi się tryb wspinacza i analizowanie, gdzie i jak dałoby się tutaj powspinać 😅 Pogoda, która od rana wydawała się spoko, zaczynała się powoli psuć i lada chwila spodziewaliśmy się jakichś przelotnych opadów. Ogólnie według planu na kartce nasza wycieczka miała składać się z dwóch sesji kajakowych, ale czy to przez sezon, czy jakieś inne zmiany, jeden z kajaków został zamieniony na wizytę w wiosce, z możliwością wzięcia roweru (w cenie).
Dopłynęliśmy w końcu do portu w innej części wyspy i tam zostaliśmy przewiezieni meleksem do wioski. W wiosce były łącznie trzy atrakcje. Najpierw pokazano nam słoje z różnymi rzeczami, jaszczurkami, liczi, kamieniami (ostrygami?), które były zalane alkoholem. Można było spróbować liczi i jak na moje oko, to zalewa była ze spirytusu. Podobno później to rozcieńczają i dodają różne rzeczy, robiąc coś na kształt wina. Druga atrakcja to był masaż stóp rybami. Ja nie byłem w stanie. Tak bardzo mnie to łaskotało, że po kilku podejściach odpuściłem i poszliśmy na rowery. Pojeździliśmy chwilę w mżawce, ale nic szczególnego nie widzieliśmy, ot taka wioska z kilkoma miejscami podobnymi do tych do którego nas zawieziono.






Następnie wróciliśmy się na naszą łódź i popłynęliśmy do zatoczki, gdzie można było pozjeżdżać do wody, posiedzieć w jacuzzi i ogólnie pochillować. Niestety ze względu na kontuzję, zrobiłem sobie tylko dwa zjazdy i tak średnio się czułem na oddalanie od łodzi, ale fajnie było. Lepiej niż się spodziewałem 😍 Dosyć dużo czasu spędziliśmy w zatoczce, bo jeszcze jedliśmy tam obiad. Bardzo dużo jedzenia i fajnie przygotowane. Kurczak, tofu, ryby, ostrygi, mniam 😋


Po obiedzie był czas na drzemkę, podczas którego płynęliśmy w kierunku naszego kajakowego spotu. Miejsce okazało się być domem na wodzie, gdzie nasz przewodnik pokazał nam dwie rzeczy. Hodowlę ostryg, czyli liny zanurzone w wodzie, na których ostrygi żyły i big fish, czyli rybę, która została zamknięta w sieci pod domem. To była spora ryba i ten dom niejako jest z niej znany, a samo zwierzę ma przynosić szczęście jej właścicielowi. Podobno dużo osób próbowało już ją odkupić, ale nie została sprzedana.
Kajaczki były super, bo mieliśmy dużo swobody. Mieliśmy tylko pilnować, żeby popłynąć w dobrym kierunku i się nie zgubić. Przyjemne chillowe kajaczki. Tylko pół godziny nam wyszło, ale nie czułem niedosytu.



Wróciliśmy na pływający domek, załadowaliśmy się na statek i zaczęliśmy wracać. Była jeszcze owocowa przekąska, która wyglądała jak z 5-gwiazdkowego hotelu. Wracając przepływaliśmy przez pływającą wioskę. Miasteczko drewnianych platform na których zbudowane były domy i do których przycumowane były statki. Można było dostrzec też psy mieszkające na platformach. Normalne życie, z tym że na morzu 😅









Po powrocie do miasta, poszliśmy na zupę pho. Nie jestem szczególnym fanem tej zupy, bo mam wrażenie, że jest bardzo wodnista, ale raz w Wietnamie można wziąć. Nie była lepsza niż ją pamiętam z Polski, ale zacząłem sobie czytać o niej i wiele się wyjaśniło. Zupa pho jest na bardzo delikatnym wywarze wołowym i nie przyprawia się jej, tylko daje przyprawy na stół, tak żeby każdy mógł ją przyprawić po swojemu. Zobaczymy następnym razem czy to coś zmienia 😅