Podsumowanie wyjazdu do Ameryki Południowej
Minęło już półtora miesiąca od mojego przyjazdu, więc najwyższa pora żeby podsumować wyjazd do Ameryki Południowej. Zacznę od końca. Około miesiąca zajęło mi ponowne osadzenie się w polskiej rzeczywistości i powolny powrót do budowania rutyn. Zostało to opóźnione przez święta wielkanocne i przeziębienie, które dopadło mnie w Walencji. Pierwszą rutyną nad którą pracuję to wspinanie, na które składa się trening, fizjoterapia i wyjazdy w skałki. Kolejny element to życie społeczne, czyli spotkania ze znajomymi i pstchoterapia. To się przeplata ze wspinaniem, ale mimo wszystko jest odrębną i nawet ważniejszą rzeczą, bo bez dobrej kondycji psychicznej nie ma wspinania i dobrej regeneracji. Na razie wszystko idzie w dobrym kierunku, czuje się dobrze, nie jestem jeszcze zmuszony do szukania nowej pracy i mogę na spokojnie zająć się innymi tematami.

Cieszyłem się że wracam do domu. Wyjazd pod tytułem “będę robił wszystko” od wspinania, przez trekingi aż po wycieczki i lekcje hiszpańskiego było bardzo męczące. Pierwsza część wyjazdu fajnie zorganizowała się wokół wspinania, trekingu, namiotu i bardziej intensywnego zwiedzania. To była głównie Patagonia, gdzie w końcu coś mi kliknęło w głowie i zacząłem się cieszyć życiem i je doceniać. Odczuwam to jako punkt zwrotny w ostatnich latach mojego żyćka i mam nadzieję, że już zostanę nad kreską. Przed trekingiem w El Chalten czułem się źle, samotnie i trochę bezradnie, mimo że nie podróżowałem sam. O ironio, kiedy chodziłem sam po parku narodowym, coś się zmieniło. Czułem swoją niezależność i autonomię. Rzutem na taśmę, bo tydzień przed tym jak zaczęła się moja solowa podróż.

Później było różnie i były gorsze momenty, głównie związane z tym, że nie miałem pomysłu na organizację czasu, albo nie mogłem znaleźć ludzi do wspinania. Męczącym dla mnie aspektem było poznawanie ludzi i organizacja czasu w miastach. Bardzo wyraźnie dotarło do mnie, że ja to jednak nieszczególnie się tam odnajduję, albo potrzebuję więcej niż kilka dni na przystosowanie się do takiego środowiska. Absolutnie nie czuję się tam swobodnie, w klubie byłem tylko raz, a tak to głównie spędzałem czas na ściankach, pojedyńczych muzeach i kawiarniach. Nadrabiałem bloga, albo ogranizowałem sobie kolejne dni wyjazdu.

Mimo, że nie jestem dobry w planowaniu, to miałem ogólny zarys tego co chciałbym zobaczyć i zrobić. Z jednej strony to było trochę zgubne, bo po łebkach zrobiłem Peru - byłem jedynie w Cusco i Amazonii. Wynikało to z dwóch elementów, które zaplanowałem i ostatecznie wyszło mi to chyba na dobre, bo nie wstrzeliłem się dobrze z pogodą. Chciałem ostatni miesiąc spędzić w Kolumbii, a w toku podróży dowiedziałem się, że można przekroczyć granicę peruwiańsko-boliwijską łódką po Amazonce. Wymagało to więcej czasu, ale w przyszłości już nie będę miał raczej okazji na coś takiego. Było to bardzo fajne wyzwanie i cieszy mnie, że się na to zdecydowałem. Aczkolwiek Amazonia mi się nie podobała. Być może kiedyś tam wrócę zobaczyć zwierzątka i pospać w jakimś fancy hotelu, ale survival nie jest dla mnie. Dla mnie są góry i lasy klimatu umiarkowanego ❤️

Ostatnie dwa miesiące wyjazdu były szczególnie męczące. Z jednej strony już cztery miesiące w podróży, cały czas w ruchu, wożąc ponad 30 kilogramów bagażu i wzmagająca się presja czasu, żeby zdążyć porobić te rzeczy które sobie planowałem. Z wielką radością witałem tydzień w szkole językowej, czy chwilę wcześniej tydzień w Suesce. Malutkie poczucie stabilności i przedsmak normalności.

To wszystko sprawiło, że bardzo zatęskniłem za swoim mieszkaniem, za stabilnością, za tym że nie muszę nic planować, nigdzie wychodzić, przestać przerzucać bagaż w kolejne miejsca. Za ludźmi, za ojczystym językiem, jedynym w którym tak naprawdę potrafię się wyrazić, za polskim jedzenim, tym że wszystko jest dużo bardziej ogarnięte, za poczuciem bezpieczeństwa, ogólnie to za cywilizacją europejską. Za możliwością skupienia się na treningu i normalną regeneracją. Generalnie to za przerwą od pdróży i zatrzymaniem się w miejscu.

Są rzeczy, które bym zmienił, gdybył miał znowu jechać gdzieś na dłużej. Chciałbym rozwiązać inaczej sprawę bagażu, bo o ile przez pierwszą połowę, zarówno namiot jak i szpej wspinaczkowy był bardzo mocno używany, to w drugiej części, w zasadzie jedynie go przerzucałem z miejsca na miejsce. Opcji na rozwiązanie tego problemu widzę kilka: podróż w dwie osoby i więcej nacisku na wspinanie przez cały wyjazd, podzielenie wyjazdu na dwa krótsze, gdzie jeden byłby wspinaczkowy, a drugi już normalny backpackerski, ale wożenie tylu kilogramów, których się nie używa, było jedną z mniej przyjemnych części wyjazdu. Wziąłbym też mniej ubrań, szczególnie bluz, bo są grube i zajmują miejsce. Myślę, że to są dwie duże rzeczy, które bym zmienił. Oczywiście można by kombinować z tym, żeby lepiej trafić w pogodę w poszczególnych miejscach, skrócić, lub wydłużyć samą podróż, ale tutaj nie mam jednoznacznego stanowiska, bo wiąże się jednak z poprzednimi tematami.

Ogólnie to cieszę się, że wróciłem, czułem ulgę, satysfakcję, uczucie jak przy doprowadzeniu dużego i wymagającego projektu do końca. Jestem wdzięczny za to, że mam takie możliwości i że dzięki tej podróży czuję się dużo pewniej i całkowicie autonomicznie.

Nie chciałbym być też źle zrozumiany. Wyjazd był fajny, zobaczyłem mnóstwo zapierających dech w piersiach widoków i wiele przeżyłem. Poznałem mnóstwo wspaniałych ludzi, z którymi spędzałem czas. Nabrałem bardzo dużo kontekstu o życiu w Ameryce Południowej, kulturze, wspianiu i górach tam. Nie przeglądałem jeszcze swojego bloga, ale wiem, że to będzie dla mnie kopalnia wspomnień i że praktycznie każdego dnia przez te 6 miesięcy działo się coś ważnego dla mojego życia. Polubiłem siebie bardziej niż kiedykolwiek i chciałbym żeby tak już zostało. Zdecydowanie pojechałbym jeszcze raz, gdybym mógł się cofnąć w czasie!
