Ogrody Gyoen
6 listopada
Dzisiaj zmieniamy hotel, więc pakujemy się i jedziemy na nową miejscówkę. Zostawiamy rzeczy i idziemy szukać typowo japońskiego śniadania. Udało się nam znaleźć fajną knajpę i popróbowaliśmy nowych rzeczy z lokalnej kuchnii.





Później jedziemy na ściankę wspinaczkową. Szczerze to nie czuję dużej różnicy w stosunku do tych europejskich, ale to też nie jest typowo old-schoolowy obiekt, więc ma to sens. Niestety, żeby chodzić na ściankę tutaj, trzeba mieć wykupiony roczny dostęp i dodatkowo zapłacić wejściówkę, więc jednorazowe wejście wychodzi drogo. Wspinało się spoko, ale uderzyłem palcem w chwyt i teraz mnie boli. Czuję też delikatne spięcie w karku. Za to nadgarstek ma się dobrze i bardzo mnie to cieszy.
Po ściance idziemy zjeść do droższej restauracji sushi i jedzonko tam było obłędne. Ryba bardzo delikatna i mój brzuszek był bardzo szczęśliwy. Po jedzeniu premium mam moment komplentacji i tak też było tym razem. Dostalismy kilka różnych rodzajów ryby, wszystkie na surowo, do tego matcha w bardzo ładnych kubeczkach. Ciężko jest opisać to doświadczenie, bo to jedzenie w zasadzie rozpływało się w ustach. Bywały gorsze fragmenty, w szczególności przerosty na mięsie, ale ogólnie to bardzo polecam. Doświadczenie niesamowite i warte swojej ceny.

Jesteśmy w dzielnicy Akihabara, więc kręcimy się chwilę po sklepach z elektroniką, ale nie jest tutaj taniej niż w innych miejscach, więc nic nie kupujemy. Przed wyjazdem do Japonii zepsuł mi się powerbank i liczyłem, że znajdę tutaj coś w fajnej cenie, ale nie odczuwam dużej różnicy w stosunku do Europy. Idąc ulicą biorę tosta z wołowiną i tak dobrego mięska to chyba nigdy nie jadłem. Niby tylko 6 kawałeczków, ale nie żałuję ani złotówki i podobnie jak z rybą, rozpływało się w ustach.

Nie wiem dlaczego, ale idziemy jeszcze sprawdzić jakość frytek z mcdonalda, i o ile ziemniak jest jakąś odmianą, to nie polecam. Czuć, że to nie jest jego kraj. Frytki sa tłuste i bardzo szybko rozmakają. Nie polecam tego zestawienia.
Robimy jeszcze zakupy śniadaniowe z małym fuckupem. Odczytujemy kwoty na produktach jako kwoty końcowe ze względu na upływającą datę przydatności do spożycia, ale okazuję się po wyjściu ze sklepu i analizie paragonu, że to były kwoty upustu 🙈

7 listopada
Rano trochę więcej spanka i po śniadaniu zająłem się częściowo blogiem. Jedziemy do ogrodów Gyoen i tam spędzamy większość dnia. Najpierw na parkowej łące robimy mini piknik i trochę przekminiamy jak będą wyglądać nasze najbliższe dni. Kupiliśmy jakieś ciastka o smaku matchy, które przypominają fragmenty sękacza - wiele cienkich warstw ciasta, a do tego zrobiliśmy sobie wcześniej matcha latte w seven eleven. W tej sieciówce można kupić zamrożone smoothie, które następnie wkłada się do maszyny i są blendowane. My dodatkowo dolalismy do takiego zblendowanego smoothie gorącego mleko, przez co dostaliśmy matcha latte.


Po ustaleniu co robimy dalej, poszliśmy zwiedzać ogrody. Jest to ogromny zestaw parkowy, w skład którego wchodzą trzy znaczące obszary, przede wszystkim ogród japoński. Podoba mi się to, że jest dużo jeziorek, a drzewa się komponują ze sobą. Ciężko mi to wyjaśnić, bo nie są poukładane w prostą alejkę, albo geometrycznie, ale sprawiają poczucie sensu i wysokiej estetyki.











Z ogrodów wychodzimy w stronę jedzonka. Znaleźliśmy ramen na bazie krewetek. Biorę wersję miso i jest całkiem spoko, chociaż makaron mógłby być grubszy. Ogólnie miso jest dla mnie intensywne, ale w tej wersji jest dużo bardziej delikatne.

Odwiedzamy jeszcze sklep ze starociami i chociaż nie jest to jakiś szczególny punkt podróży, to były tam całkiem fajne rzeczy.




Po jedzonku mamy do obejścia jeszcze uniqlo, gdzie kupuję sobie kilka rzeczy, a później w toy parku jeszcze zawieszkę na badga (gdybym kiedyś wrócił do korpo) w kształcie Totoro. Za tą zawieszką chodziliśmy już od kilku dni, bo widzieliśmy ją przy pierwszej wizycie, ale nie kupiliśmy, bo przecież “może w następnych sklepach będzie coś fajniejszego” i okazało się, że ten produkt jest powyprzedawany w oficjalnym sklepie. Wziąłem dla Magdy, bo to ona go chciała wtedy kupić, dla siebie, bo czemu nie i do tego jeszcze maskotke Kalcifera.
Dzień kończymy w knajpie sushi z taśmociągiem. Zabawne doświadczenie. Na tablecie zamawia się rolki, które przyjeżdżają na górnej taśmie. Dodatkowo na dolnej jeżdżą talerzyki w stałej cenie, które można sobie zdjąć. Spróbowaliśmy wielu rzeczy, m.in. jeżowca albo makreli. Moja ochota na próbowanie różnych dziwnych rzeczy doprowadziła mnie do zdjęcia talerzyka z czymś, co okazało się natto czyli fermentowanymi nasionami soi. Opis smaku z internetu to “kontrowersyjny”. Nie dałem rady zjeść drugiego kawałka. Było to takie lepkie, obrzydliwe i o dziwnym smaku 🙊 Jak o tym pisze tydzień poźniej to dalej robi mi się niedobrze.
