Lekcje gotowania w Chiang Mai
28 grudnia
Wzięliśmy sobie dzisiaj lekcje gotowania. Zdecydowaliśmy się na wieczorne zajęcia półdniowe czy raczej trzygodzinne. O umówionej godzinie przyjechała po nas Pani. W na targ wypełnialiśmy ankietę z daniami, które chcielibyśmy ugotować. Trochę czekaliśmy aż uda się znaleźć odpowiednie miejsce parkingowe. Pani trochę się baľa parkować na ciasnych miejscach, więc nas wysadziła i jeździła poszukać odpowiedniego. Kiedy już do nas doszła, oprowadzała nas po targu i z grubsza opowiadała o różnych roślinach, które można tam kupić i do czego się ich używa. Jej angielski był ciężki do zrozumienia, więc niewiele zrozumiałem. Były jakieś niebieskie i różowe jajka, ale nie wiem czym się dokładnie różniły od normalnych.
Później pojechaliśmy do miejsca, gdzie odbywały się zajęcia. Byliśmy tylko we dwójkę, więc mieliśmy pełnię uwagi 😀 Zaczęliśmy od sałatki, żeby móc coś zjeść zanim przejdziemy do głównych dań. Ja robiłem spring rolle, a Magda sałatkę z makaronu ryżowego. Spring rolle w sumie banalnie proste. Arkusz papieru ryżowego do którego wkłada się pocięte w małe paseczki warzywa, mięso, cokolwiek. To się zawija i gotowe. Najlepszy z tego był sos sweet chilli, ale chyba był kupny.

Po zrobieniu mojej sałatki, przeszliśmy do stanowisk z palnikiem, gdzie Magda we wrzącej wodzie ugotowała makaron (kilka sekund trzymania go na łyżce), a następnie krewetki. Do sałatki dodała sos rybny, sok z cytryny i syrop cukrowy, tworząc przyjemną kombinację smaków.

Pani zwracała uwagę na to, żeby podane jedzenie ładnie się prezentowało, więc na przykład kładłem spring rolle cięta, równą częścią do góry, zamiast wystającymi ogonkami warzyw.

Po zjedzeniu naszych sałatek, zajęliśmy się przygotowywaniem pozostałych dań, czyli zupy, stir-fried i curry. Ja wziąłem odpowiednio tom yam gung, ananas z ryżem i khao soi, a Magda tom kha gai, pad thaia i massaman curry.

Najpierw kroiliśmy składniki na nasze dania, a następnie przeszliśmy do części z kuchenkami, gdzie gotowaliśmy.


Zaczęliśmy od gotowania zup, które robiło się na to samo kopyto, z tą różnicą, że do mojej szło trochę pasty curry. Szczegóły muszę sobie przypomnieć z książki kucharskiej, ale po dodaniu wszystkich składników do mleczka kokosowego, odłożyliśmy nasze woki na stanowiska obok, żeby tam się spokojnie gotowały.

Najpierw gotowałem ryż z ananasem, którym w sumie nie byłem zachwycony. Wrzucało się skladniki (ananas, marchewka, cebulka) pokrojone w drobną kosteczkę do woka na rozgrzany olej, po chwili dodawało jajko, które starałem się zblendować z resztą składników, ale może lepiej jakbym zostawił trochę większe kawałki. Do tego ryż, przyprawa curry i na koniec, po połączeniu składników i wyłączeniu woka, jeszcze orzechu nerkowca i rodzynki. To się wkładało do miseczki, żeby nadać fajny kształ i finalnie szło na talerz. Tam się pobawiłem w przyozdabianie, a Magda zaczęła gotować Pad Thaia.
Różnice jakie widzę w stosunku do mojego, którego robię w domu, to użycie żółtego tofu (z kurkumą), najpierw usmażenie całego jajka w formę omletu, zanim się go połączy z resztą składników. Ostatnia różnica to wlanie sosu tylko na makaron, tak żeby przejął całość smaku. Minusem było to, że sos był już gotowy i Magda nie miała okazji pobawić się w jego komponowanie. Szkoda, bo to jest esencja tego dania i od niego wszystko zależy.

Ostatnie dania, które gotowaliśmy to curry. Ja robiłem khao soi, które w sumie jest bardzo prostym daniem i opiera się na paście, której niestety nie robiliśmy sami. Do pasty rozgrzanej na oleju dodaje się mleczko kokosowe, kurczaka i przyprawę curry. Do tego jeszcze sos rybny i cukier kokosowy, żeby nadać smak. Pozostałe skladniki, czyli cebula i kolendra to raczej dekoracja. Do miski wkłada się ugotowany makaron jajeczny, to zalewa się powstałym daniem i na górę daje się makaron z głębokiego tłuszczu (taki chrupek), czerwoną cebulę i kolendrę.
Magda zrobiła żółte curry w tym samym czasie i mogliśmy zabrać się za jedzenie. Zupa była bardzo dobra. Starałem się zrobić nie za ostrą, i mimo mniejszej ilości pasty była bardzo dobra. Zupie Magdy brakowało trochę smaku, ale taki urok tej konkretnej zupy. Ryż z ananasem był mocno przeciętny, khao soi było zajebiste, pad thai był spoko, żółtego curry jakoś nie za bardzo pamiętam.

Jeszcze wracając do zup, to nie lubie tego, że mają niejadalne części, jak galangal czy duże kawałki trawy cytrynowej. My to ostatnie cieliśmy na drobno, więc było troszkę lepiej 😀
Na koniec Pani nam przygotowała mango sticky rice.

Strasznie się objedliśmy i wróciliśmy do hotelu, jeszcze z moim ryżem na wynos.
29 grudnia
Dzisiaj rano poszliśmy na masaż, a popołudniu na ściankę. Zrobiłem wszystkie niezrobione baldy, oprócz jednego i byłem bardzo zadowolony. Przy pomocy chatu gpt próbuję od jakiegoś czasu zrozumieć skąd się biorą moje kontuzje, słabości wspinaczkowe i jak z nimi pracować i wydaje mi się, że powoli się uczę dobrych wzorców.