Jaskinia Nippara
9 listopada
Pobudka wcześnie rano, żeby zdążyć załapać się na śniadanie, bo o 9 rano odbieramy kampera. Trochę musieliśmy się przeklikać, żeby go znaleźć, bo wszystkie auta były już porezerwowane, ale udało się. Fajne okoliczności na spróbowanie van-life 😀 Mamy go tylko na 6 dni, a w planie sporo miejsc, więc będzie intensywnie.
Dzisiaj jest deszczowo, więc zgarneliśmy parasole z hotelu i jedziemy po nasze wymarzone autko. Z parasolami jest tak, że jest ich wszędzie pełno i są trochę traktowane jak dobro wspólne. Jeśli nieopatrznie zostawi się parasol przed sklepem, lub hotelem, to po wyjściu może go już nie być. Za to mogą być inne 😅
Podeszliśmy do wyznaczonego punktu i czekał tam na nas ziomek z autem. Nagrał aktualny stan samochodu, a my poprosiliśmy jeszcze o rozszerzenie ubezpieczenia. To będzie mój pierwszy raz za kierownicą większego auta i to jeszcze po prawej stronie w ruchu lewostronnym, więc dla bezpieczeństwa nie zaszkodzi. Dopełniliśmy wszystkich formalności i ruszamy.
Jest lepiej niż się spodziewałem. Japończycy jadą przepisowo, ograniczenie w mieście jest między 30 a 50 km na godzinę, więc jest dużo czasu żeby przyzwyczaić się do ruchu lewostronnego i kierownicy po prawej stronie. Kierujemy się w stronę wapiennej jaskini w Nipparze. To nasz pierwszy punkt i jesteśmy trochę ograniczeni czasowo, bo jaskinia zamyka się o 17. Na poczatku wydaje mi się, że mamy dużo czasu, ale ponad 2h zajęło nam wyjechanie z miasta. Zatrzymaliśmy się jeszcze na zakupy i na obiad (katsudon, czyli panierowany kotlet wieprzowy z ryżem), i w końcu dotarliśmy poza aglomerację. W końcu drzewa, lasy, rzeki. Koniec betonowej dżungli na najbliższe dni.

Robimy postój w Hatonosu, gdzie zobaczyliśmy tamę Shiromaru, i zrobiliśmy króciutki trekking wzdłuż kanionu. Zaraz na samym początku spotkaliśmy stado małp, ale obyło się bez żadnych interakcji. Fajnie byłoby mieć więcej czasu, bo widzę, że jest tutaj więcej szlaków, które można by przemierzyć. Pogoda też nas nie rozpieszcza. Niby nie ma deszczu, ale jest na granicy i czasem coś na nas kapnie.



Kolejny przystanek to już jaskinia, która jak się okazuje jest przygotowana pod ruch turystyczny. Barierki, wysokie korytarze, dużo wylanego betonu, żeby było lekko, łatwo i przyjemnie. Podoba mi się jej wysokość, a zwłaszcza głównej groty, która jest dodatkowo podświetlana na różne kolory. Samo zwiedzanie nie trwa długo, ale jest już późno i kiedy wychodzimy zaczyna się już ściemniać. Uzgadniamy plan na kolejny dzień i decydujemy się jechać dalej. Ogólnie droga do, jak i z jaskinii, bo wracamy tą samą drogą, jest stroma i wąska. Przy zakrętach są poustawiana lustra, żeby było widać czy coś nie jedzie z naprzeciwka.







Zatrzymujemy się jeszcze na jedzenie w jednej z bliższych knajp. Restauracja była w strefie gastronomicznej. Mieliśmy zjeść ramen, ale coś nas przyćmiło i myśleliśmy, że jest otwarta tylko knajpa z kanapkami, więc ostatecznie zjedliśmy tam. Marzyliśmy o ramenie i chociaż jedzenie nie było złe, to niesmak pozostał.
W Japonii można spać na michi-no-eki, czyli odpowiednik naszych MOPów przy autostradzie. Na większości są całodobowe toalety, a koło naszego pierwszego noclegu był onsen, czyli gorące źródła. Charakteryzuje się tym, że są osobne strefy damska i męska, i kąpie się nago. Pierwszy onsen był podzielony na trzy strefy. Pierwsza z dwoma basenami z ciepłą wodą, małym basenem z lodowatą wodą i miejscem do umycia się, czyli kilka, kilkanaście stanowisk składających się z krzesełka, prysznica, miski, mydła i szamponu. Druga strefa to były sauny, a trzecia to baseny na zewnątrz.
Ogólnie jest zakaz korzystania z onsenów, jeżeli ma się tatuaże. Ciężko powiedzieć jak bardzo to jest respektowane, ale dla pewności zakleiliśmy tatuaże Magdy tejpem. Tak średnio działało, bo klej nie był dobry i po pewnym czasie zaczęły odpadać, ale zawsze coś.
Ogólnie nie jestem fanem gorących źródeł, bo często nie ma basenu z lodowatą wodą, a w samej ciepłej długo nie wytrzymam. Potrzebuję się schładzać i lubię to uczucie, kiedy się wchodzi rozgrzanym do lodowatej wody. Ten efekt natychmiastowego otrzeźwienia. Posiedzieliśmy w onsenie do zamknięcia (czyli ok. godziny) i wróciliśmy się na naszą pierwszą noc do autka.

Autko miało pewne wady, jak na przykład nie do końca dopasowane deski na środku łóżka, które spadały i trzeba je było czasem poprawić. Czuć też brak izolacji, zwłaszcza jak się obudziło w połowie nocy z zimna. To była nasza pierwsza styczność z takim autem, ale od razu widziałem rzeczy, które bym zmienił gdyby było moją własnością 😅