Huu Lung
14 grudnia
Dzisiaj pierwsze wspinanie w skale od jakiegoś pół roku i pierwsze w ogóle od trzech tygodni, czyli od naciągnięcia mięśnia dwugłowego uda. Ale zanim, to śniadanko.
Na śniadanie do wyboru jest jedna z trzech rzeczy: banh mi, smażony makaron, albo zupka z makaronem. Decydujemy się na smażony makaron, ale patrząc po innych, to zupka będzie najlepszą opcją kolejnym razem. Tym razem na śniadanie wpisywaliśmy się wieczorem, co spowodowało zamieszanie, bo ludzie wstają o różnej godzinie. Podobno zazwyczaj jedzenie zamawia się po tym jak się rano wstanie.
Zamówiliśmy sobie lunch na wynos w skałkę. Zapłaciliśmy za pełne wyżywienie, a że to jest miejsce wspinaczkowe, to lunch dostaje się w pudełku na wynos. Można wybrać opcję z miesęm albo wegetariańską. Następnie załatwiliśmy skuter na zasadzie: bierzcie wolny z kluczykami w stacyjce, spakowaliśmy się po otrzymaniu jedzenia i ruszyliśmy.
Topo nie jest dla mnie jakoś super czytelne, jeżeli chodzi o dojazd pod skałki, ale mamy dodatkowo współrzędne GPS, więc kierujemy się w stronę naszego pierwszego wspinania. Jechaliśmy motocyklem, więc nie dało się na bieżąco kontrolować, gdzie dokładnie mamy nim zaparkować i gdzie zaczyna się podejście. Zatrzymaliśmy się przed mostkiem, żeby przeczytać w topo, co mamy robić dalej i okazało się, że właśnie przy domu, który tam stał, zostawia się skuter i idzie pod skałę.
Bez problemu znaleźliśmy skałę, idąc za dwójką innych wspinaczy, którzy przyjechali wtedy kiedy my, i zaczęliśmy się przygotowywać do wspinania. Wstawiłem się w polecaną piątkową drogę i była całkiem spoko. Trójwymiarowe techniczne wspinanie w tufach. Później robiłem ją jeszcze raz, żeby zdjąć ekspresy. Kolejną drogą była 6b i poszła, chociaż pod koniec czułem się już zmęczony. Jestem mocno nierozwspinany i ogólnie czuję, że to nie będzie wyjazd na robienie cyfry. Jeszcze nie wiem co o tym myśleć. Rok temu robiłem 7b w drugiej próbie, a teraz mam problem żeby zrobić 6b. No ale rok kontuzji, skupienia się na highline, świeża kontuzja już na wyjeździe, to wszystko ma wpływ. Dodatkowo Magda oswaja się z Gri, więc przyrząd się trochę blokował i cięzko było znaleźć flow. Mam za dużo rzeczy z tyłu głowy, ale zobaczymy co przyniosą kolejne dni.




15 grudnia
Dzisiaj jedziemy na Papaya Wall, żeby znaleźć coś co podpasuje Magdzie. Wspinanie tutaj, nawet w niskiej wycenie jest raczej siłowe, albo trójwymiarowe, więc dobrze już się wspinać na szóstkowym poziomie i mieć więcej doświadczenia w skale. Ja zrobiłem 6a+ i było całkiem przygodowe, w połowie drogi okapik i póżniej zacięcie. Dużo tutaj długich dróg, co powinno być spoko dla mojego rozwspinania. Mimo, że zawsze miałem słabą wytrzymałość to lubię długie drogi i to uczucie powolnego drenowania z sił.
Dojście do skałki było mega dziwne. Szło się przez podwórko do zamkniętego ogrodu-kurnika, przechodziło przez murek i potem przez sad porośnięty rzepopodobnymi roślinami pod skałę. Co najmniej dziesięć minut zajęło mi odczepienie wszystkich nasion z moich ubrań. W drodze powrotnej udało się ograniczyć liczbę rzepu. Za to po wyjściu z podwórka czekała nas niespodzianka. Przy stole siedziała cała rodzina i mieli jakąś imprezkę. Strasznie nalegali żebyśmy siedli z nimi i zjedli. Mieliśmy jedzenie w naszym plecaku i chcieliśmy je zaraz zjeść, a nawet jakbyśmy go nie mieli, to tamto jedzenie nie wyglądało jakoś super apetycznie. Po zdobyciu hasła do wifi udało się jakoś wypisać z imprezy, ale trochę to zajęło i nie czułem się tam super komfortowo. To było bardzo dziwne.


W drodze na kolejną skałkę zatrzymaliśmy się na kokosa. Nie pamiętam kiedy ostatnio piłem, a to jedna z lepszych rzeczy 😋
Potem udaliśmy się do Passe-Muraille, gdzie wstawiałem się w 6b, które mnie zniszczyło. Mam zero wytrzymki i nie byłem jej w stanie zrobić nawet w drugiej próbie. Droga mocno przewieszona, siłowa i zasięgowa na dole, która jednoznacznie pokazała brak wytrzymałości siłowej. W drugiej próbie było lepiej, ale spadłem w cruxie przed stanem. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio nie byłem w stanie zrobić 6b. Ta kompetytywna część mnie bardzo ucierpiała, ciężko sobie wytłumaczyć spadek z 7b na 6b, tym bardziej, że siłowo raczej niewiele się zmieniło. Jedynie rozwspinanie i wytrzymałość. Mam świadomość, że mój nadgarstek jeszcze nie jest w pełni sprawny, a kontuzja dwugłowego przeszkadza najbardziej w przewieszeniach, więc nie popadam w rozpacz, ale jest to dziwne uczucie, kiedy głowa pamięta co i jak, a ciało nie może.
Zjedliśmy obiad, a ja otrzymałem szybki kurs obsługi naszego motorka. Nie ma sprzęgła, więc nie było trudno ogarnąć jak działa, ale przydałoby się więcej praktyki.
16 grudnia


Dzisiaj jedziemy na Dragon Wall. Udało się dojechać bez problemu i znaleźć nasze drogi. Tutaj było trochę więcej wspinania dla Magdy, bo drogi, nawet te trudniejsze zaczynały się pionowym podejściem pod przewieszenie. Spróbowałem się wstawiać w przewieszone 7a+, żeby porobić ruchy i siłowo nie jest to jakiś duży problem, za to wytrzymałościowo i mentalnie już bardzo. Czuję blokady w głowie związane z odpadaniem i wracaniem potem po linie do góry. Trochę strachu też, chociaż bardziej nazwałbtm to niechęcią do odpadania. Zjechałem po kilku wpinkach trudności. Później wstawiłem się jeszcze raz, tym razem doszedłem dwie wpinki dalej, wciąż z blokami.
Zjechałem z mieszanymi uczuciami i na koniec poszedłem zrobić coś długiego i łatwego. Droga była bardziej górska: podchwyty w zacięcie. Bardzo skojarzyło mi się to z Paklenicą. Takie drogi równoważą poczucie regresu i oddalanie się od moich celów wspinaczkowych. Tak samo, nawet wisząc na 7a+, ale 15 metrów na ziemią w przewieszeniu, cieszę się z tego co mam i czuję motywację do powrotu silniejszym.


17 grudnia
Dzisiaj wybrałem sektor z drogami w okolicach 6b. Czuję się zmęczony i chcę porobić jakieś metry na pożegnanie z Huu Lung.
W miarę szybko udało się znaleźć miejsce do zostawienia motoru (na ścieżce między polami ryżowymi) i ścieżkę pod skałkę. Podejście wiodło przez poletko, a następnie stromo w górę, wchodząc na mini przełęcz, zaraz za którą po prawej stronie była ścianka. Jestem zmęczony po trzech dniach wspinania, więc dzisiaj zaczynam od czegoś łatwiejszego (czyli jak codziennie). Droga nazywała się Babylon Spirit i była za 6a+. Następnie zrobiłem drogę obok i całkiem nieźle zbułowany doszedłem do połogu. Tam udało się jakoś dotrwać aż do stanu. Fajnie, czuję że wspinanie zaczyna do mnie wracać. Robimy przerwę na lunch, a następnie wstawiam się w 6b (5c bez ostatnich 2 wpinek). Tym razem droga była dużo łatwiejsza w odczuciu. Idąc pominąłem dwie wpinki, żeby uniknąć przysztywnienia liny. Teren był latwy, a ja czułem się pewnie. Ostatnie metry były otickowane, więc nawet nieszczególnie musiałem się męczyć szukając chwytów.


Zmęczenie mnie trochę puściło i poczułem spręż, więc od razu wstawiłem się w kolejną drogę. Tym razem chwyty mniej oczywiste, a skała przypominała ser szwajcarski, ale taki z dużych obłych wymyć. Na końcówce można było się schować w niszy a stan był pod daszkiem, taka mini grotka.


Na koniec wstawiłem się w drogę bez gwiazdki, chociaż tutaj wszystkie drogi na taką zasługują. Skała podobna jak na wcześniejszej drodze, z tym że były jeszcze daszki i slabik na zakończenie. Udany dzień i w końcu czuję, że moja głowa i ciało łapie flow. Szkoda, że to ostatni dzień, ale czas jechać dalej.
Wracając odwiedziliśmy jeszcze jedną skałkę i zrobiliśmy rekonesans jak się dostać do kolejnych. Może ta wiedza przyda się za parę lat, może wcześniej, a może wcale. Wróciliśmy do bazy, gdzie zjedliśmy kolację i poszliśmy do spanka.


18 grudnia
Dzisiaj tylko śniadanie, zapłacenie za motor, spakowanie się i czekanie na busa. Poszliśmy do sklepu na wodę z kokosa, żeby jeszcze skorzystać z tutejszych cen i dobroci przyrody. Bus był wcześniej niż się spodziewaliśmy, bo o 11.40. Trąbił na nas z ulicy, aż go zauważyliśmy i szybko sie pozbieraliśmy. Ogólnie komunikacja w Wietnamie jest dla mnie stresująca. Niby zawsze ktoś po Ciebie podejdzie, wie że będziesz jechać z tego przystanku, ale jest kompletny brak kontroli nad tym. Dostajesz informacje, że o tej godzinie masz być tu i tu, ale z tyłu głowy mam poczucie, że mimo wszystko bus może uciec, albo może coś będzie nie do końca dogadane,
Do Hanoi dotarliśmy wieczorem, pojechaliśmy na ściankę oddać sprzęt, a później do hotelu odebrać nasze bagaże i zameldować się. Zostawiłem na recepcji kask, który ktoś zapomniał zabrać z Huu Lung i poszliśmy na Bun Cha. Tym razem udało się zjeść całe jedzonko. Może dlatego, że nie zamówiłem spring rollsów 😅

Zostawiłem Magdę na paznokciach i poszedłem pakować torbę. Mamy kilka toreb, ale trochę za małych i próbuję zmieścić 20kg w jednej z mniejszych toreb, tak żeby się wszystko dobrze rozłożyło i nikt na lotnisku nie miał się do czego przyczepić. Tym razem udało się dopchać ponad 16kg. Całkiem dobry wynik 😀