Hanoi i tranzyt do Huu Lung
12 grudnia
Pospaliśmy trochę dłużej i poszliśmy na śniadanie później niż zazwyczaj. Coś jest nie do końca okej, bo jakoś tak niemrawo się czuję, a po jedzeniu trochę boli mnie brzuch. Nawet nie dałem rady dojeść, mimo że jedzenie było bardzo smaczne. Byliśmy na bun cha, gdzie dostaliśmy miskę z zupą i dużą ilością mięsa, a obok talerz z makaronem. I to się łączyło w małej miseczce.

Powietrze jest strasznie nieprzejrzyste i trochę jakby się chodziło w dymie. W ciągu dnia chodzimy po sklepach z ubraniami, made in Vietnam w końcu i robimy krótki spacer wokół pobliskiego jeziorka. Byliśmy też na ulicy przy torach kolejowych, ale nieszczególnie sprawdzamy kiedy będzie jechał kolejny pociąg. Ogólnie trudny był to dzień. O dziwo kolacja i tajskie curry poprawiły stan mojego żołądka. Pod wieczór mam jeszcze rozmowę rekrutacyjną, bo w końcu pasuje zacząć szukać pracy.






Jak już skończyłem rozmawiać, to pojechaliśmy na ściankę odebrać szpej wspinaczkowy. Tam dowiedzieliśmy się wszystkich szczegółów na temat naszej wspinaczkowej miejscówki. Po czasie dotarło do nas, że nie jedziemy do Huu Lung miasta, tylko dalej, więc nie będzie się opłacało wziąć taksówki. Na szczęście ekipa na ściance tutaj mega ogarnia i udało się zamówić dwa miejsca w busie, plus dostaliśmy informacje skąd i kiedy bus odjeżdża. Już zaraz przed spaniem poszliśmy jeszcze szukać pieniędzy. Próbowaliśmy wypłacić w hotelu, ale nie mieli takiej usługi. Wymiana euro na dongi skutkowałaby 10% opłatą, więc ostatecznie szukaliśmy bankomatu. Pierwszy był zamknięty, ale za to drugi (HSBC) okazał się bankomatem bez opłat 😊

13 grudnia
Wstaliśmy z samego rana, przepakowaliśmy się i zostawiliśmy część bagaży w hotelu. Kupiliśmy tu jedną noc po powrocie ze wspinanie, więc bagaże będą na nas czekać. Pojechaliśmy na miejsce, z którego odjeżdża bus, poszliśmy na śniadanie i stanęliśmy gdzieś pod dachem, z widokiem na ulicę i przejeżdżające samochody. Mamy tylko zdjęcie busa, więc jest to ciekawe ale trochę stresujące doświadczenie. W końcu z półgodzinnym opóźnieniem podjechał. To nie był ten ze zdjęcia, ale nazwa się zgadzała, a kierowca nas zauważył i wiedział że mamy z nim jechać. Załadowaliśmy się i pojechaliśmy. Taka trochę współdzielona taksówka, bo busiarz odwoził ludzi do różnych miejsc, kilkukrotnie zawracał, itd.

O 12 dojechaliśmy do naszego homestayu. Fajne miejsce w sumie. Rodzina, która tutaj żyje, u której się mieszka, a oprócz niej sami wspinacze, w dużej mierze z Europy. Ze względu na pogodę, wszyscy są dzisiaj na miejscu. Zamówiliśmy lunch i dołączyliśmy. Jedzenie jest tak jak na loopie, współdzielone. Dostaje się miseczkę i pałeczki. Na stole stoją talerze z mięsem, tofu, kapustą i wieloma innymi rzeczami. Można sobie brać co się chce i ile się chce, a jedzenia jest tyle, że nie jesteśmy w stanie opróżnić wszystkich talerzy.
Kiedy deszcz ustępuje, wybieramy się na spacer, żeby poznać okolice. Udajemy się w kierunku skałek, do których dochodzimy po pewnym czasie. Jestem podekscytowany, ale też trochę zestresowany. Nie wiem jak będzie działać moja noga i nadgarstek. Nie czuję się jeszcze pewien swoich kontuzji i nie jestem w stanie ocenić jak zareagują na wspinanie.



Po powrocie do bazy, czekamy na kolację i po kolacji idziemy do spania. Nie wzięliśmy sobie za dużo ciepłych ubrań, ale mam nadzieję że nie będzie bardzo zimno w nocy.