Ha Long
5 grudnia
Dzisiaj tranzyt do Ha Lang. Założenia są proste. Jedziemy na północ wyspy i płyniemy z widoczkami do Ha Long. Niestety. Trasa tak oczywista, że standardowa jest jednak inna. Bus jedzie na około, żeby rozwieźć więcej ludzi. Bagażnik praktycznie nie istnieje, co chwila busiarz przepakowuje go i strzela drzwiami dopóki się nie zamkną. Tragedia, bardzo przykry transport, bo miałem zupełnie inne oczekiwania i plan. Nie upewniliśmy się, że jedzie jak chcemy, więc gnieciemy się w busie 😟 Przez opóźnienie związane z przepakowywaniem bagażnika, nasz busiarz zapieprza po drogach jak chory, jedzie rondem pod prąd, przy przejściu promowym wyskakuje z odliczonymi pieniędzmi, żeby jak najszybciej móc jechać i trąbi na prom, który zaczyna odpływać i już zamykał szlabany.
Na promie chwila oddechu, bo można było wysiąść. Dodatkowo, jakaś para ze Stanów (jedyni obcokrajowcy oprócz nas) wkurzyli się na to jak wszystko wygląda i wysiedli z busa na stałe, więc kiedy wsiadaliśmy żeby jechać, było troszeczkę luźniej.
Dojechaliśmy do Ha Long, podeszliśmy trzy minuty do hotelu i zrobiliśmy sobie przerwę na rozpakowanie. Strasznie mi się tu nie podoba. Myślę, że częściowo to kwestia tego, że tranzyt nie poszedł tak jak chciałem, a dwa, że to miejsce wygląda jak jeden wielki plac budowy. Dodatkowo obok nas jest park rozrywki, i z okien hotelu mamy widok na rollercoastery i inne takie atrakcje.
Wychodzimy wieczorem na spacer, idziemy na plażę przez wymarłe ulice i sklepiki wokół parku rozrywki i wielkiego placu budowy. Jest zdecydowanie poza sezonem. Na plaży są zbudowane dwie ogromne sceny, jakby tu był jakiś festiwal. W międzyczasie jeszcze podpytujemy o wycieczki i transport do Ha Giang, który pewnie będzie naszym kolejnym punktem na trasie, a o którym usłyszeliśmy dwa dni wcześniej na rejsie. Ostatecznie decydujemy się kupić wycieczkę u nas w hotelu. Nawet stwierdziliśmy, że weźmiemy droższą. Jakieś złotówki różnicy, a spodziewaliśmy się lepszego jedzenia i standardu.


Idziemy jeszcze na jedzonko i trafiamy perfekcyjnie. Zamawiam sobie pho z owocami morza i zupa mi dzisiaj mega smakuje. Może to była właśnie kwestia odpowiedniego (jakiegokolwiek) przyprawienia 😅

6 grudnia
Wstaliśmy na śniadanie, zjedliśmy i poszliśmy do pokoju przygotować się do rejsu. Podjechał po nas ekskluzywny bus. Miał fotele z masażem i dużo przestrzeni na nogi. Ogólnie to wow, zapowiada się super. Zostaliśmy zawiezieni do portu i tam zaokrętowani na całkiem przyzwoity statek. Dostaliśmy herbatkę na wejściu i usadzeni przy stole. Czekając na wypłynięcie pozwiedzaliśmy statek, i na pierwszym i drugim piętrze były sale dla pasażerów a na trzecim scena, stoły i krzesła. Na drugim był mały basen, z zimną wodą niestety, i dwie toalety, z czego jedna chyba nieczynna.

Po wypłynięciu, Pani przedstawiła plan wycieczki i po jej prezentacji podano obiad. Podano to niezbyt dobre słowo, bo był bufet i trzeba było samemu podchodzić i sobie nakładać. Były tylko małe talerzyki, więc trzeba było podchodzić kilka razy, było też tłoczno. Ogólnie to może i smaczne, ale organizacyjnie mi się nie podobało.
Naszym pierwszym przystankiem była jaskinia. Fajna, ale tłumy ogromne. Nawet nie chcę wiedzieć jak to wygląda w sezonie 🫣 Dodatkowo limit czasu na zwiedzanie. Zobaczymy jak będzie dalej. W jaskinii dostaliśmy darmowy breloczek z naszymi zdjeciami. Można też było kupić pełnowymiarowe zdjęcia, które już byly wydrukowane. Chyba trafią na listę “tych gości nie obsługujemy”, bo ich nie chcieliśmy.










Płyniemy następnie na wyspę z plażą i punktem widokowym. Tu jest opcja na pływanie, chociaż patrząc na wielkość wygrodzonego terenu to szkoda nawet wchodzić do wody 🤷♂️ podeszliśmy na punkt widokowy, zrobiliśmy zdjęcia, na których widać ile tych statków tam jest i poszliśmy na dół. Znowu mamy mocno ograniczony czas i mam wrażenie, że jeszcze go docinają bardziej.

Nasz ostatni przystanek to kajaki. Dodatkowo zapisaliśmy się jeszcze na speedboat. Ale zanim, to najpierw musimy dopłynąc i zacumować. To co się działo to jest jakaś porażka. Dopłynęliśmy i ustawiliśmy się w drugim rzędzie statków. Obok nas był jakiś z lewej i z prawej, i wszyscy czekali, aż się zwolni miejsce przy molo i wtedy się zaczynało. Kto pierwszy ten lepszy, na siłę wpychanie się dziobem w wolne miejsce, praktycznie taranowanie statków obok i rozpychanie, jak już kawałek przestrzeni się uda znaleźć.

No nic, jakoś się udało w końcu przycumować. Poszliśmy na naszego speedboata i było spoko, chociaż następnym razem już nie pójdę. Zdecydowaliśmy się głównie dlatego, że nie zmieniało to czasu kajakowego. Na łódce kierowca się popisywał jakimiś skrętami, podbijaniem łodzi na falach, Pani opowiadała o poszczególnych skałkach, które są sławne jedynie z tego, że ich kształty coś przypominają.




Poszliśmy na kajaki i znowu z zegarkiem w ręku, macie być wtedy i wtedy. Płyniemy kajakiem przez jaskiniowy przesmyk, wszędzie pełno kajaków, albo bambusowych łódek, tłum, głośno, chaotycznie. Zaletą kajaka jest to, że można płynąć samemu i trochę głębiej na jeziorko. Tam bambusowe łódki już nie płyną, bo ich napęd to głównie odpychanie się od dna. Na prawym brzegu są małpki i fajnie sobie na nie popatrzeć, na pewno lepiej niż na to całe towarzystwo z lewej strony na łódkach, które się drze. Popływaliśmy swoje dwadzieścia pięć minut i wróciliśmy się o czasie na łódkę.


Po wypłynięciu dostaliśmy jakieś owocki i skierowaliśmy się w stronę portu. Nie polecam tej wycieczki bardzo, i żadnej innej z tego planu. Dlatego że są trzy atrakcje gdzie płyną wszyscy, to ruch się w ogóle nie rozkłada. Paradoksalnie jedyny argument za tym żeby popłynąć w te miejsca, to ich popularność 🤷♂️ Zdecydowanie lepszy klimacik był na Cat Ba. W Ha Long może są jakieś fajne wycieczki, które wpływają do jaskiń i są mniej oczywiste i tych bym polecał szukać.



Na statku poznaliśmy parę Polaków, z którymi umówiliśmy się później w tej samej knajpie, w której jedliśmy wczoraj. Wziąłem sobie to samo jedzonko. W międzyczasie zrobiliśmy lepszy research o Ha Giang i zdecydowaliśmy się ostatecznie jechać tam rano, żeby zacząć wycieczkę już w poniedziałek.