Ha Giang Loop
7 grudnia
Jechaliśmy w zasadzie cały dzień spankowym autobusem. Minimalnie za krótki jak dla mnie, ale i tak mi się podobało. Z minusów, to brak toalety, więc trzeba było pilnować postojów, żeby nie przegapić okazji na siku 😅 Samo znalezienie dworca i czekanie na busa jest trochę stresujące, bo dysponowaliśmy tylko zdjęciami autobusu i pinezką. Na szczęście kierowca wiedział o nas i nas znalazł. Zatrzymał się skręt za dworcem. Cały czas byliśmy też w kontakcie z organizatorami pętli Ha Giang, więc to było trochę uspokajające.


Po dojechaniu do miasta zostaliśmy odstawieni do hostelu, zameldowaliśmy się, zapłaciliśmy na wycieczkę motocyklową i poszliśmy na pizzę. Zahaczyliśmy jeszcze o bankomat, gdzie trochę wtopiliśmy z opłatą, bo wyszło po fakcie jakieś 4.5%.



8 grudnia
Zaczynamy wycieczkę. Ha Giang loop to pętla kilkusetkilometrowa, którą pokonuje się na motocyklu. Są dwie wersje, albo jedziesz sam, albo wynajmujesz też kierowcę i tę drugą opcję wybraliśmy. Można wziąć 3 albo 4 dni i my wzięliśmy dłuższą wersję, ze względu na atrakcje i więcej czasu, mniej zapierdolu. Całą wycieczkę razem z dojazdem z Ha Long do Ha Hiang, czyli miejsca startu i końca, a także powrotem do Hanoi później, załatwiliśmy przez nasz hostel.

Po śniadaniu zebraliśmy się na parterze hostelu, czy tam pierwszym piętrze, bo tak się tutaj numeruje kondygnacje i zapoznaliśmy się z naszym przewodnikiem i pozostałymi kierowcami. Nasz grupa liczy w sumie 12 osób, z czego połowa to kierowcy.



Ruszamy. Dla mnie jazda motocyklem to w zasadzie nowe doświadczenie, więc sporo uwagi poświęcam na trzymanie się za uchwyty po bokach i na obserwowanie drogi przede mną. Jedziemy górskim drogami i czasem uda się popatrzeć na bok i na chwilę rozkoszować widokami. Na szczęście zatrzymujemy się w miarę często na punktach widokowych i wtedy jest czas na zdjęcia i chwilę oddechu.
No i tak sobie jedziemy i zatrzymujemy się na widoczki, albo na obiad. Jedzenie to talerze z różnymi daniami położne na środek stołu. Każdy z nas ma miseczkę na ryż i nakłada sobie ze stołu to na co ma ochotę. Smaczne jedzenie, chociaż wydaje mi się mało sycące. Czuję się głodny, ale nie jestem w stanie już nic w siebie wcisnąć 🫣


Na jednym z widoczków jest skałka, na którą oczywiście się wdrapałem do zdjęcia 🫢



Wśród widoczków zdarzają się też skałki i rozkminiam czy dałoby się je obić, i jakie tam byłoby wspinanie 🤭
Naszym ostatnim postojem przed spaniem jest wodospad. Kilkuminutowy treking pod wodospad z którego można skakać do wody. Chciałbym, ale oszczędzam naciągnięty dwugłowy, więc tylko patrzę jak ludzie przełamują swój strach i dobrze się bawią. Skok do wody oceniam na jakieś 7 metrów z opcją skrócenia o 2 metry. Fajnie to wygląda 🫣 Nie brałem nawet stroju kąpielowego z motoru, bo jest trochę chłodno i wolałbym się nie rozłożyć, więc nawet nie wchodzę do wody 😬

Po tym przystanku udajemy się na spanie i kolację. Kolacja wygląda jak obiad, a nasze spanko wydaje się być ekskluzywne. Jak standard się utrzyma to będzie wspaniała wycieczka. Po jedzeniu jeszcze była chwila integracji na napicie się “happy water", czyli słabego bimbru i karoke, z którego szybko się zawinąłem. W miejscu gdzie śpimy odbywa się wesele, więc jest dużo osób i widać, że ludzie się na coś szykują. Było też postawione zdjęcie pary młodej, przy wejściu do domu.

Nasi kierowcy, oprócz przewodnika, nieszczególnie mówią po angielsku i zarówno na postojach, jak i przy jedzeniu trzymają się oddzielnie. Chociaż na postojach czasem jest jakaś integracja. W Wietnamie ludzie grają coś w stylu zośki, przy pomocy lotki złożonej z dwóch blaszanych krążków, na które sa wbite pióra. Odbija się to nogą, albo ręką, w kółeczku, tak żeby nie spadło na ziemię. Ja niestety z moją nogą nie za bardzo mogę w tym brać udział 😐
9 grudnia
Dzisiejszy dzień wygląda podobnie do wczorajszego. Jazda, postoje, widoczki. Jest zimniej niż wczoraj, bo robi się bardziej górsko.








Atrakcją dzisiejszego dnia było pływanie łódką między skałami po zbiorniku wodnym. To był nasz ostatni postój przed spaniem. Przyjechaliśmy do miejsca, w którym znajdowały się kasy biletowe, gdzie nasi przewodnicy kupili dla nas bilety i po chwili zostaliśmy zapakowani do meleksa, który jechał do przystani. Tam dostaliśmy kapoki i po chwili wypłynęliśmy na środek jeziora, gdzie można było porobić zdjęcia ze skałka i pozachwycać się naturą.



Po powrocie w ten sam sposób pojechaliśmy na spanie. Oprócz nas spała w tym miejscu jeszcze tylko dwójka Francuzów. Dzisiejsza kolacja to był hot pot, czyli dostaliśmy garnek, postawiony na palniku, z gotującym się bulionem. Obok mieliśmy talerz z różnymi dodatkami, surowym mięsem, warzywami, ślimakami w łodydze bambusa, jakieś pierożki itp. Wrzucało się to do garnka, a po ugotowaniu można było jeść. Były też dwa rodzaje “happy water", jeden z czerwonej kukurydzy. Po kolacji śpiewaliśmy karaoke i pierwszy raz w życiu cokolwiek zaśpiewałem 🙈 Grałem też w bilard z naszymi kierowcami i ogólnie wieczór był bardzo integracyjny.

Nasze spanie było troszkę mniej komfortowe, do czasu kiedy znaleźliśmy koc elektryczny, który zapewnił nam ciepełko i dobrą regenerację.