Chiang Rai
22 grudnia
Mamy hotel ze śniadaniem, więc ta część odpada nam organizacyjnie. Po śniadaniu idziemy na nogach do niebieskiej świątyni. Zajęło nam to około godziny. Sama świątynia robi wrażenie, wszystko jest tutaj pomalowane na niebiesko. Na zewnątrz widzimy robotników, którzy cementowali ubytki w figurach i je malowali.









Po świątyni ruszyliśmy na nogach w stronę czerwonej świątyni z wielkim posągiem Buddy. Po drodze zatrzymaliśmy się na kawę w miejscu, które troche wyglądało jak kawiarnia z zewnątrz, ale dopóki tam nie weszliśmy to nie byliśmy pewni. Taki przeszklony budyneczek bez żadnej informacji, więc to mogło być cokolwiek, na przykład biuro projektowe.

Ponad godzinę zajęło nam przejście z jednej świątyni do drugiej, nie licząc przerwy. Już z daleka widzieliśmy posąg buddy i od niego zaczęliśmy zwiedzanie. Wjechaliśmy nawet na samą górę na piętro widokowe.








Podczas wychodzenia kupiliśmy jeszcze worek ryżu na potrzeby ośrodka dla ludzi biednych i samotnych. Ryż podpisywało się i układało w murek.

Następnie poszliśmy zobaczyć pawilon w środku i trochę przeszliśmy się po terenie.








Przed powrotem do miasta poszliśmy jeszcze na przyświątynnego pad thaia za 20 bathów, czyli niewiele ponad 2 zł i był całkiem niezły. Na pewno lepszy niz pad thai z food trucka, którego jadłem kiedyś przy galerii krakowskiej. Wspominam o tym, daltego że to jest mój wyznacznik najgorszej wersji tego dania. Rozgotowany makaron i wodnisty sos bez smaku w papierowym kubku. Wieczorem poszliśmy jeszcze na burgera. Nie był najwyższej klasy, ale stanowił ciekawą odmianę.
23 grudnia
Wzięliśmy rano taksówkę do słynnej białej świątyni. Jest ładna, ale nie czuć historii tego miejsca i bardziej się kojarzy z pokazem sztuki jednego artysty, niż z miejscem kultu. Wejście jest biletowane i tak naprawdę jedyną atrakcją jest biały pawilon.











Wracając do miasta pojechaliśmy od razu do restauracji, ale była zamknięta. Następna, którą znalazłem otwierała się dzisiaj dopiero o 12.30, czyli za pół godziny. Miała bardzo dobre oceny, więc zaczekaliśmy, ale ostatecznie nie nazwałbym jedzenia tam szczególnym. Wzięliśmy sobie pad thaia, który był ok. Do tego malą miseczkę lokalnego curry, która była raczej gęstym gulaszem wieprzowym. Na koniec dostaliśmy kawalek marynowanego kurczaka, i to było spoko. Do tego sok z marakuji z miodem, który był podany z połówką owocu. Jedzenie było w porządku, ale nie podzielam zachwytu osób komentujących na google maps.

Wróciliśmy na sjestę do hotelu i o 18 poszliśmy na nocny market. To są miejsca, które bardzo dobrze wspominam z poprzedniej wizyty w Tajlandii. Teraz, już nie jestem tak podjarany jak kiedyś, ale zobaczymy. Po rundzce stoisk z ubraniami i ręcznie robionymi rzeczami, gdzie w niektórych miejscach nie można przymierzać ubrań 🤷♂️, poszliśmy do strefy gastronomicznej. Dużo budek z jedzeniem, ale w zasadzie wszystkie serwują podobny zestaw dań. Na przystawkę wziąłem sobie roti z bananem i nutellą, dzielone z Magdą za trochę mango sticky rice, a na główne danie panang curry. Bez szału, bo pasta curry nie do końca była rozmieszana i część dania była prawie bez smaku, a część bardzo intensywna.

24 grudnia
Dzisiaj w sumie nic nie robimy. Rano zrobiłem sobie lekki trening i trochę pływania na basenie (ale szybko się zawinąłem). Na obiad poszliśmy na pizzę. Świeżo otwarta pizzeria, przy której spotkaliśmy właściciela. Na tutejsze standardy raczej drogo, ale jedna pizza na dwie osoby nam zupełnie wystarczyła, więc sumie nie aż tak źle. Jakość bardzo dobra i myślę, że w Polsce też by się cieszyła powodzeniem. Tym razem opinie z google maps nie zawiodły 😁
Wróciliśmy do hotelu. Po drodze kupiliśmy sobie uno, a ja dodatkowo długopis do penspinningu. Kilka złotych, a może uda się wrócić do zajawki 😊
Wieczorem znowu poszliśmy na night market. Tym razem wziąłem zielone curry na innym stoisku niż wczoraj i było pyszne 😋

