Chiang Mai
19 grudnia
Dzisiaj idziemy na śniadanko, a później poszlajać się po mieście, gdzie kupiłem sobie kilka koszulek podobno bambusowych (chociaż jak się później okazało, kiedy wybierałem kolor, to dostałem jedną w damskim rozmiarze 🙄). wstąpiliśmy jeszcze do sklepu, gdzie kupiliśmy onigiri na lotnisko i wróciliśmy do hotelu. Dopakowaliśmy się i troszkę przekraczamy limity bagażowe, ale zobaczymy na lotnisku czy ktoś będzie miał z tym jakiś problem.
Oddanie bagażu i odprawa poszły sprawnie. Onigiri okazało się małym niewypałem, chyba trochę stare, bo ryż był suchy, ale przynajmniej brzuszki napchane. Boarding i lot poszły sprawnie i o zachodzie słońca wylądowaliśmy w Tajlandii ❤️
Trochę czasu nam zeszło na sprawy organizacyjne. Ogarnięcie karty sim, wymiana pieniędzy i wypłacenie z bankomatu. Rozdzieliliśmy się i ja poszedłem kupić kartę sim. Przeoczyłem jedną budkę, przy której mieliśmy się spotkać i poszedłem aż na koniec lotniska. Ja czekałem tam na Magdę, a ona na mnie w innym miejscu. Dodatkowo nie mogła podłączyć się do WiFi. Było trochę stresu i zamieszania, ale ostatecznie się udało wszystko ogarnąć. Zamówiliśmy taksówkę i pojechaliśmy do naszego hotelu. Pierwsze co zrobiliśmy po zameldowaniu to odnieśliśmy rzeczy do prania. Później poszliśmy na kolację, gdzie ja wziąłem zielone curry i dobrze trafiłem, bo pad thai Magdy był jednym z gorszych jakie jadłem 😅

Mieliśmy hotel w podobnej okolicy, w której mieszkałem 7 lat temu, więc przypominałem sobie miejsca i zdarzenia z tamtego czasu. Miasto wydaje się być bardziej zorganizowane niż wtedy. Mniej tuk tuków, więcej aut, mniej street foodu i bardziej pochowany. Pojawiły się strefy gastro, których wtedy opróćz night marketu prawie wcale nie było. Mimo to atmosfera cały czas jest fajna. Wyluzowane miasto, gdzie jest pełno białych, ale nie jest turystyczne. Jedna z rzeczy, które pamiętam to studio masażu, które było najlepszym w tamtym okresie, a tak się złożyło, że akurat jedliśmy obiad w jego okolicy. Podeszliśmy, żeby się zapisać na masaż na kolejny dzień. Podobnie jak kiedyś, nie dało się tam wejść z marszu, bo takie mają obłożenie.
20 grudnia
Zaczynam dzień od śniadania i ścianki wspinaczkowej. W sali do rozgrzewki był pin do ciężarów, więc mogłem sprawdzić swoje palce robiąc deadlift jednorącz. Udało się podnieść 20kg na 6mm krawądce. Muszę kupić taki zestaw do domowej siłowni po powrocie.
Po wstępnym rekonesansie ściany, postawiłem sobie za cel zrobienie wszystkich baldów, ale niestety najtrudniejszy bald jednak mnie zatrzymał i trzeba będzie go zrobić następnym razem. Są dwa piętra bulderowni, i na górnym piętrze udało się zrobić wszystkie baldy oprócz tego jednego. Ogólnie to cała ściana jest raczej w moim zasięgu. Jedyne co mnie może powstrzymywać to niemożność używania prawej pięty ze względu na kontuzje.
Dzisiaj jest też jakiś event świąteczny. Kiedy mieliśmy się już zbierać zapytałem o szczegóły. Jest bingo i losuje się wiersz/kolumnę do zrobienia. Jak się zrobi wszystkie zadania z tej listy to dostaje się jakiś drobny prezent, a jak wszystkie z kartki to koszulkę. Mają tutaj fajne koszulki, a zadania są łatwe więc zaczynam robić. W zasadzie to biegam od zadania do zadania. Na przykład trzeba zrobić drogi w konkretnej wycenie, albo kolorach. Wspinanie na czas, z związanymi oczami, wskazane przez obsługę, podciągnięcia na drążku, itp. Podobało mi się zadanie na równowagę, bo było bliskie mojemu slacklinowemu poczuciu równowagi. Niestety, przy zadaniu gdzie partner podtrzymuję Cię, a Ty masz przejść slab w no handzie, Magdzie coś przeskoczyło w odcinku lędźwiowym. Udało mi się ukończyć wszsytkie zadania i dostałem koszulkę, ale niestety tylko generyczny biały podkoszulek z nadrukiem 🤷♂️




Po ściance poszliśmy się umyć do hotelu, następnie na jedzonko do trzech różnych knajp. Dla mnie khao soi, dla Magdy pad thai, a na deser mango sticky rice. Wszystko w różnych miejscach, głównie dlatego, że moja knajpa miała tylko jedną pozycję w menu. Głównie dlatego, że w mojej knajpie była tylko jedna pozycja w menu 😄




Potem od razu poszliśmy do salonu od paznokci, bo Magdę bolał palec i okazało się, że spieprzyli w Hanoi zabieg i zaczął jej wrastać paznokieć. Na pocieszenie poszliśmy na masaż twarzy, który okazał się 5-etapowym zabiegiem kosmetycznym (już w trakcie), czyli zupełnie co innego niż chcieliśmy. Jakiś kiepski dzień dzisiaj. Dobrze, że wszystko zrekompensował nam masaż w salonie green bamboo. Dużo tańszy od tamtego scamowego, półtoragodzinny masaż tajski. Magda chciała rezygnować ze względu na plecy, ale na szczęście poszła ze mną. Posmarowali jej plecy maścią rozgrzewającą, co przyniosło jej ulgę i pozwoliło skorzystać z masażu. To było miłe zakończenie tego intensywnego dnia.
21 grudnia
Idziemy na śniadanie do knajpki, którą zauważyliśmy idąc ostatnio na ściankę. Nawet spoko jedzonko, tosty francuskie z awokado i jajkiem sadzonym. Trochę dużo tłuszczu, ale spoko odmiana. Wracamy do hotelu, pakujemy się, zostawiamy większość bagażu w hotelu, bierzemy tylko małą torbę i plecak i jedziemy na dworzec. Bez problemu znajdujemy swój autobus. W porównaniu z Wietnamem, komunikacja zbiorowa dużo bardziej przypomina europejską. Wszystko jest oczywiste, skąd, dokąd i czym się jedzie.

Dojechaliśmy do Chiang Rai po godzinie 18. Idąc do hotelu kupiłem sobie jeszcze długie, ale przewiewne, spodnie. Zameldowaliśmy się w hotelu i poszliśmy na kolację. Wziąłem pad thaia z krewetkami. Oprócz normalnych, miał też suszone. Były takie malutkie i miały bardzo intensywny smak. Nie był zły, ale jeszcze nie znalazłem tutaj takiego, który byłby lepszy od mojego 😅

