Bangkok
1 stycznia
Noc upłynęła ciężko, bo nie mogłem znaleźć dobrej pozycji do spania, ani się wyciszyć więc często się budziłem. Mimo to rano nie czułem się najgorzej. Wzięliśmy taksówkę do naszego hotelu, zostawiliśmy tam rzeczy i poszliśmy się przejść w poszukiwaniu jakiegoś śniadania. Udało nam się znaleźć coś w sensownej cenie, a później zaczęliśmy się kierować w stronę ścianki wspinaczkowej.

Zaczęliśmy od transportu wodnego. Nie wiedziałem, że w Bangkoku jest to popularny środek transportu. Płynęliśmy z widokiem na pałac królewski i świątynię świtu i po kilkunastu minutach znaleźliśmy się przy naszym przystanku, gdzie przesiedliśmy się na metro.




Tutaj kupiliśmy jednorazowy bilet w formie żetonu NFC i bez problemu znaleźliśmy nasz peron. Zagadaliśmy się trochę i przeoczyłem nasz przystanek, ale sprawnie cofnęliśmy się do naszego i poszliśmy w kierunku ścianki. Obiekt jest zlokalizowany w czymś w rodzaju galerii handlowej połączonej z biurowcem. Jest duży, przestronny i oferuje dużo fajnego wspinania. Dzisiaj skupiałem się na połogach i baldach koordynacyjnych. Mimo małej ilości baldów sesja była intensywna. Skończyłem z zakrwawionym opuszkiem, a kolejne godziny także ujawniły napięcie w karku. Wieczór i noc były średnio przyjemne. Skumulował mi się stres związany z podróżą i potreningowy, i czułem się bardzo przebodźcowany.

Zacząłem sobie ostatnio w ogóle rozkminiać z czatem GPT kwestie treningu, diety i moich kontuzji. W końcu znalazłem czas żeby trochę bardziej to poanalizować i dochodzę do wniosku, że muszę nauczyć się odpoczywać i zapewniać sobie dużo komfortowo. Moja historia kontuzji, fizjoterapii, a zwłaszcza ostatnich podróży wskazuje na to, że bardzo łatwo się spinam, doprowadzam do przeciążenia układu nerwowego, a nie wiem jak później rozładować to napięcie.
Ale wracając do rozkładu dnia, to bezpośrednio po ściance byliśmy jeszcze na spacerze w parku.





A na zakończenie dnia poszliśmy na Khao San Road, które jest zatłoczone, przehajpowane i cieżko tam znaleźć coś do jedzenia. To miejsce jest bardzo pod turystów, ale żeby sobie kupić skorpiona, a nie poczuć klimat Tajlandii.
2 stycznia
Rano jedziemy do Wat Arun, chociaż ja jestem bardzo zmęczony i bardzo mało czerpię z tego dnia. Głównie próbuję przeżyć. Jest ładnie i warto tu przyjechać (lub przepłynąć), ale jest też bardzo tłoczno i gorąco.






Po wycieczce wracamy do hotelu i czekamy na nasz autobus. Czas jakoś zleciał, bierzemy taksówkę na przystanek i po odprawieniu się czekamy dalej. Autobus zatrzymuje się po przeciwnej stronie ulicy i dziesięć minut przed przyjazdem jest informacja, że będzie jechał. Poszedłem do toalety i byliśmy ostatnimi, którzy poszli na drugą stronę. Autobus już czekał. Zostawiliśmy bagaże do zapakowania i weszliśmy do środka. Okazało się, że nie ma rezerwacji miejsc i cała góra była już zajęta. Na dole była mini kawiarnia, przedział ze stolikami, łącznie na jakieś 10 osób i tam usiedliśmy. Koniec końców byłem zadowolony, bo mieliśmy 4 miejsca dla siebie, po 2 z każdej strony stolika, trochę jak w pendolino, no i stolik, na którym można się było oprzeć. Nawet znalazła się toaleta, chociaż trochę się rozpadała i była strasznie ciasna, dodatkowo spłukiwało się wodą z wiadra 😅
Kiedy już zasypiałem zatrzymaliśmy się na 40 minutowy postój jedzeniowy.
